Arkadia. Posesja sióstr jest zadbana. Siostry dbają nie tylko o to, aby rosły tu piękne kwiaty, ale też prowadzą minigospodarstwo. W ogródku rosną pomidory, marchew, buraczki i ziemniaki. Po zagrodzie chodzą kury, kaczki, bażanty i perliczki. W klatce siedzą króliki. – Mieszkamy na wsi, a więc żyjemy jak na wsi.
Wycena nieruchomości jest darmowa, po czym sprzedający ma czas, aby rozważyć sprzedaż właśnie do skupu. Sprzedaż domu na wsi do skupu nieruchomości nie obciąża sprzedającego żadnymi kosztami. Koszty, które związane są z transakcją, opłaca skup. Taka sprzedaż jest dla sprzedającego bezpieczna.
Prezes na wygnaniu. Wiec prezesa PiS we wsi Zalasewo (gmina Swarzędz) nie doszedł do skutku. Sołtys oraz rada sołecka nie zgodzili się na imprezę Jarosława Kaczyńskiego na terenie sołectwa. Wydarzenie miało być zorganizowane bez uzgodnienia i poinformowania organu. Grzegorz Taterka zastępca burmistrza miasta i gminy Swarzędz zakomunikował, że żadna umowa na wynajem sali nie została podpisana. – Znając opinię naszych mieszkańców uważamy, że takie spotkania nie powinny odbywać się w naszej okolicy – czytamy w komunikacie rady. To kolejne spotkanie z szefem PiS, które natrafiło na problemy organizacyjne.
indyjska wieś - Tamil Nadu 2020, jak zmienia się życie po 5 miesiącach życia na tropikalnej wsi w Indiach. Co nas zaskoczyło, co się podoba, a co nie.
Dziki ogród Tak jak widać na załączonym obrazku, trochę zarośnięty jest ten mój warzywny ogródek w tym roku. Postanowiłam nie ingerować za bardzo w rośliny, które same się wysiewają, a są pożyteczne. Jeszcze jak ładnie wyglądają na zdjęciach i lubią je pszczoły, to zawsze znajdą u mnie miejsce. Co to za rośliny? Na przykład ogórecznik. Wabi mi pszczoły do ogrodu, daje piękny kontrast do tła z żółtego zboża i hmmm, zasłania ogórki 😀 które tu gdzieś, przysięgam, są… Z roślin samowysiewajacych się, w ogórkach rośnie jeszcze koper i chrzan, które potem oczywiście wykorzystuję do przetworów, oraz nagietki, które zadomowiły się przy fasoli. Co roku w wybranych przez siebie miejscach pojawia się też kolendra, którą najpierw jem w postaci natki, mrożę zapas na zimę, potem cieszę oko kolendrowym kwieciem przez całe lato i ucinam gałązki do letnich bukietów, a gdy uschnie, zbieram nasiona, które przecież też są jadalne, w formie aromatycznej przyprawy. ogórecznik i ogórki Nagietki wysiały się razem z maciejką w kilku innych miejscach ogródka, więc mam łąkę. Jedną z wielu w tym roku. Bo kolejną zafundowała nam Frozee, darując mi pewnego wiosennego dnia paczuszkę z napisem California Poppies Pozłotka kalifornijska, eszolcja kalifornijska, maczek kalifornijski (Eschscholzia californica) – gatunek rośliny z rodziny makowatych. Pochodzi z Kalifornii, popularny w uprawie ogrodowej. Kwiaty wyrastają na długich szypułkach, z barwnym, złotożółtym, błyszczącym okwiatem. Są stosunkowo krótkotrwałe, ale roślina wciąż wydaje nowe pąki i kwitnienie trwa od czerwca do września. Kwiaty odmian ogrodowych osiągają do 8 cm średnicy i miewają barwy odmienne od form typowych – np. białe lub purpurowe. Tak piszą na ten temat w Wikipedii, wyczytałam też, że ziele maczka kalifornijskiego działa baaaardzo uspokajająco 😉 Kilka informacji znalazłam również na stronie Świat Kwiatów. Tyle teorii, a jak w ogrodzie? Kwiaty rozchylają się gdy tylko ujrzą słońce, na noc zamykają, by rankiem znowu się przebudzić. Z połowy paczki powstała taka piękna łączka, którą chwalą sobie również stworzenia fruwające. o zachodzie słońca kwiaty się zamykają maki kalifornijskie dla porównania nasz rodzimy, zwykły mak polny Dalsza część ogrodu należy do szałwii muszkatołowej i lawendy. Tu też aż się roi od pszczół i trzmieli. Fajnie, że zagląda do mnie całe to bzyczące towarzystwo, nie muszę się martwić o zapylanie pomidorów czy papryki. szałwia muszkatołowa lawenda Po raz pierwszy mam tyle lawendy, że zaczęłam suszyć plony. To zasługa upalnego czerwca. W całym domu pachnie lawendą, na każdym „wolnym gwoździu” wisi fioletowy bukiecik przewiązany sznurkiem. Za rok planuję dosadzić więcej. Starość nie radość. Jak zacznę się zachwycać pelargoniami, proszę, niech ktoś mnie nawróci. Stary dom Stary dom to ciągła praca, zmiany, remonty, pomysły, ale też niekończące się możliwości. Jednego dnia planuję nową szklarnię, drugiego warsztat stolarsko-amatorski. Remontowanie to też ciągły bajzel i masa śmieci, które rosną nie wiadomo skąd. No właśnie, pewnego dnia zaczęliśmy się zastanawiać co możemy z tym zrobić, patrząc na tonę recyklingu, który wyprodukowaliśmy dosłownie w kilka dni. Zaczęliśmy od podstawowej rzeczy – koniec z butelkowaną wodą, od teraz pijemy kranówę. Tu na wsi, nie jest to jakimś wielkim wyrzeczeniem, woda z kranu jest po prostu dobra. Zastanawiam się, co będzie w mieście, bo nasza kranówka tam jest całkiem inna, śmierdzi chlorem itd, ciężko będzie się przyzwyczaić. Może jakiś dobry dzbanek filtrujący pomoże? Kuchnia tymczasowa już funkcjonuje, więc możemy całą ekipą lato celebrować na wsi. Reszta będzie się remontować „w międzyczasie”. Ze stodoły powyciągałam kilka fantów, które Bob określił mianem: „graty”, ale ja bym bardziej w „klasyki” celowała. Bo Boba potrzebowała pojemnej szafki na Bobowe sprawy, a moja stara biblioteczka z dzieciństwa wprawdzie wyglądała trochę źle, ale nie aż na tyle źle by nie dać jej drugiej szansy. Poza tym to bardzo praktyczny i pakowny mebel. I ładny w swojej prostocie. przed oczyszczeniem Tak to mniej więcej wygląda w efekcie końcowym. Właściwie została tylko oczyszczona, oszlifowana i pociągnięta olejem. Może kiedyś pokuszę się o odpicowanie drzwiczek, na razie z braku czasu na zajęcia kreatywne, musi zostać jak jest. Dodałam jeszcze czarne uchwyty na dole, żeby łatwiej było otwierać szafkę. Biblioteczka stoi u Boby w jej letnim pokoju i służy do przechowywania ubranek i zabawek małej. Letnie biuro na werandzie Weranda czekać będzie długo na swoja chwilę chwały i wyremontowanie. Tymczasem urządziłam sobie tam letnie biuro i pracownię. Taka moja prywatna przestrzeń robocza. Stara szklarnia – the END W czerwcu nadeszła nieuchronna zagłada starej szklarni, która została rozebrana na kawałki i złożona na kupkę. Myślę jednak, że materiał z rozbiórki wykorzystamy ponownie, bowiem mój plan na zagospodarowanie tarasu, by służył trochę jak stara szklarnia się kompletnie nie sprawdził. Taras jest od strony wschodniej. Pomidory w donicach czy zioła mają się tam w miarę dobrze, jednak przygotowanie jakichkolwiek rozsad w takich warunkach to czyste nieporozumienie. Niedawno wysiałam kolejny rzut sałaty i siewki są powyciągane niczym uszy pluszowego królika mojej Hani, to miejsce po prostu się nie nadaje. W głowie już powstał niecny plan na szklarnię w innym miejscu, żeby się gdzieś podziać z całym swoim majdanem roślinnym. Czosnek – wykopki i białe złoto (pietruszka) Nigdy nie miałam tak kiepskiego czosnku! Serio! No jakby mi ktoś go podmienił. Jedna skromna taczka czosnku tylko… No ale dobrze, że w ogóle jest, własny czosnek to wielki luksus, nawet większy niż własna pietruszka, która w tym roku kosztuje miliony. Chuchamy i dmuchamy na te nasze 3 grządki pietruszki, podlewamy i przemawiamy doń troskliwie 😀 Pomidory Na razie wszystko pięknie, och i ach, ale oto właśnie teraz zaczyna się pogoda jakiej nie lubię latem – ochłodzenie i wilgoć – zawsze wtedy, gdy pomidory zaczynają się rumienić i są już na dotknięcie ręki. Idealna pora na choroby grzybowe niestety – trzeba mieć się na baczności. Większość pomidorów mam z darowanych sadzonek, więc tak bardzo nie mogę się doczekać żeby wypróbować te wszystkie nowe odmiany… Te moje San Marzano upchnę do słoików w stylu Jamiego Oliviera z ostatniej włoskiej książki. A tak na marginesie, kiedyś sobie przysięgłam, że jak tylko Jamie napisze książkę z przepisami wege, przechodzę na wegetarianizm 😀 No i wykrakałam! Widziałam u niego na Instagramie zajawki nowej książki z przepisami roślinnymi. Czas szykować skrzynki z kapustą na zimę 😉 Papryka Muszę czekać aż papryki nabiorą właściwych kolorów, bo w ferworze wiosennego chaosu pozapominałam znaczników z opisami odmian, więc nie wiem co jest co. Pamiętam że Artist jest słodka, a reszta to jakaś tajszczyzna od kolegi Mateusza. Manual z opisem gdzieś mam, więc gdy tylko zaczną wyglądać tak jak powinny, nazwę je po imieniu 😉 Wolałabym nie zgadywać tego metodą organoleptyczną, mogłabym nie podołać. Kilka krzaczków Jalapeno też mam – tą przynajmniej rozpoznam bez mrugnięcia okiem, właśnie zaczął się na nią sezon i można podjadać do woli. W planach odnośnie papryki mam wyprodukowanie kilku słoiczków sosu chili słodko – kwaśnego, takiego w stylu azjatyckim, z jalapeno będzie zielony sos chili a jeśli będę mieć dużo słodkiej to zrobię sos z tego przepisu: sos paprykowy Macie jakieś super hiper turbo przepisy na paprykę/pomidory? Dawajcie w komentarzach! Aaaa i koniecznie jak ktoś ma dobry przepis na sos barbecue… Cukinie, dynie… Cukinie już rosną w najlepsze, staram się je przerabiać w miarę możliwości na bieżąco, a nadwyżki mrożę z przeznaczeniem na zimowe tarty. Z dyniami jeszcze czekam na identyfikację, bo podobnie jak z papryką zapomniałam o tagach! Soraya Nowość u mnie – cukinia Tondo Chiaro di Nizza, prezent z dalekiego Olsztyna 😉 Trzy siostry Three Sisters Garden – słyszeliście o takiej metodzie? Wiosną dostałam do ręki piękną, kolorową paczuszkę z takim właśnie napisem. Zgooglawszy temat, odkryłam że to właściwie taka uprawa współrzędna w stylu amerykańskim. Zasada jest prosta: siejesz obok siebie nasiona kukurydzy, fasoli i dyni, a gdy podrosną masz niewymagający interwencji ogród: fasola korzysta z kukurydzy jak z podpór i pnie się po niej do góry, a pnącza dyni tworzą rozłożysty dywan, uniemożliwiający rozrost chwastów. Fajne, co? Trzy Siostry (a właściwie dwie, bo dynia w kadr nie weszła) U mnie w ogródku jedna z sióstr jest trochę opóźniona – ta, która miała robić za dywan pod resztę żeby nie było problemu z chwastami. O ile fasola się kapnęła, że musi wejść na kukurydzę, która będzie służyć jej ramieniem, tak dynie amerykańskie się zbuntowały i rosną baaaardzo powoli. W przeciwieństwie do moich stałych odmian (Hokkaido czy Butternut Squash – te mają się znakomicie). Hokkaido Sezon ogórkowy Co tu dużo mówić. To jest TEN sezon. W ubiegłym roku był dramat, ten wynagradza potrójnie, a plony już upycham po słoikach. Owoce W ubiegłym roku był owocowy raj, więc siłą rzeczy w tym jest biednie. Tak biednie, że nawet truskawek nie pojedliśmy w zawrotnych ilościach, nie mówiąc już o robieniu przetworów. Czereśnie zapowiadały się na bogato i pewnie tak by było gdyby nie ten cholerny majowy przymrozek, który załatwił większość kwitnących kwiatów. Cała nadzieja w śliwkach, może w tym roku w końcu zjemy więcej niż jedną z własnego sadu 😉 Nie zawiodły jak co roku porzeczki – mamy w każdym kolorze oraz agrest – dziś przerabiamy je na soki. Z nowości dobrze mają się rokitnikowe krzewy, które zasadziłam w ubiegłym roku, jednak na owocowanie jeszcze grubo za wcześnie. To samo z morelą. O jeny, jak ja na nią czekam! Kadr jeszcze czerwcowy A to już lipiec Plany Jeszcze dziś zrobię rozsadę kilku odmian sałaty, bo oto jest początek lipca a ja zostałam bez sałaty! Granda i wstyd! Do gruntu wysieję też kolejny rzut fasolki szparagowej, rzodkiewki, rukoli i koperku. Do następnego!
Обሶሩ ቶէнусէз
Жሤσ λኣнудрθ
Bo tu w ogóle nie ma znaczenia, czy mieszkacie na wsi, czy w mieście. Istotny jest podział tortu z kasą i czy kawałek tej słodyczy zostanie przeznaczony na remont dróg. Dla mnie większy kłopot stanowi nowy asfalt przed domem, na którym okoliczni mieszkańcy czują się jak pogromcy szos i korzystają do woli z braku ograniczenia
Odpowiedzi kranita odpowiedział(a) o 17:15 w google wpisz tp nie ma to jak na wsi . . . i ci wyskoczy dalszy ciąg Nie ma to jak na wsi rankiem pachnie gównem i rumiankiem, komar muchę w dupę [CENZURA], osa gwałci karalucha, żaba cipę w stawie moczy, [CENZURA] jaki dzień uroczy! nAJ? anulex19 odpowiedział(a) o 17:15 nie ale poczatek fajny ;D Nie ma to jak na wsi, rankiem pachnie gównem i rumiankiem , komar muche w dupe [CENZURA], osa gwalci karalucha, żaba [CENZURA] w stawie jaki dzien uroczy. : )He he ^_^ Uważasz, że ktoś się myli? lub
Najgorsze obrazki z sieci! Strona główna Dyskusje ogólne Nie ma jak to na wsi rankiem, pachnie gównem i rumiankiem
Dom na wsi vs. mieszkanie w mieście. Gdy rodzina się powiększa i zaczyna brakować przestrzeni, w pewnym momencie życia, wielu z nas staje przed dylematem: większe mieszkanie w mieście czy dom na wsi? Co wybrać, jak zdecydować? Decyzja nie mała, dla wielu taka do końca życia. Dziś o tym, dlaczego warto wyjechać z cztery lata temu wprowadziliśmy się do naszego domu na wsi, z dala od cywilizacji (sic!), komunikacji, oświetlenia, kanalizacji … 🙂Całe swoje życie spędziłam w mieście, w bloku. Najpierw na dużym osiedlu, w bloku z wielkiej płyty, potem kupiliśmy własne mieszkanie w starej kamienicy w cichej i zielonej części Warszawy. Kupując mieszkanie, nawet przez myśl mi nie przeszło, że dom to coś dla nas. Zresztą, byliśmy sami, żyliśmy z dnia na dzień. Ciche mieszkanie w centrum, blisko wszystkiego, z idealnym dojazdem było tym, co się wtedy dla nas liczyło gdy rodzina zaczęła się powiększać, okazało się, że brakuje nam miejsca. Początkowo szukaliśmy większego mieszkania, ale okazało się, że w cenie mieszkania w Warszawie, możemy zakupić dom (duuużo większy) pod miastem. Zerknij TU jeśli chcesz przeczytać jak żyje mi się na domu, ważna była dla mnie przestrzeń. Nie chciałam mieszkać pośrodku osiedla, gdzie byłoby nam „ciasno”. Szukaliśmy czegoś na to zwykle większy metrażCeny nieruchomości są różne, w zależności od czasu i miasta. W momencie, gdy kupowaliśmy dom, cena 60 metrowego mieszkania w Warszawie była taka sama, jak cena 240 metrowego domu, 30 km od centrum (10 km od granic administracyjnych).własny kawałek zieleniMając Starszaka, każdego dnia chodziłam na spacery do parku, czasami dwa razy dziennie. Była to zwykle długa, min. dwugodzinna wyprawa. Mając własny ogródek – wychodzisz po prostu do ogrodu 🙂 Uwielbiam, gdy jest ciepło, w pidżamie, z kawą siadam na kanapie w ogrodzie, dzieci biegają na golasa, kąpią się w basenie, skaczą na trampolinie, jeżdżą na rowerze. Nie boję się, że zamknę oczy i znikną, że wejdą w psią kupę, że znajdą jakieś super ciekawe śmieci. W ogrodzie jemy obiady, śpimy na hamaku, wieczorami oglądamy gwiazdy owinięci w cisza i ciszaCzasami słychać samochody, ale zdecydowanie głośniejsze są ptaki za oknem. Odkąd zamontowaliśmy na działce kilka domków i karmników dla ptaków, wiosną obserwujemy te, które wprowadzają się do nas na czas wylęgu potomstwa. Wczesnym rankiem, zdarza nam się zobaczyć sarny, łosie (mamy 3 w okolicy). Są też oczywiście bobry, które zjadają nam drzewa za siatką, dziki, lisy. Mimo hałasu, jaki może wyrządzić stado np. szpaków, jest jednak ta niesamowita, odprężająca cisza (na dużej przestrzeni nawet krzyk, pisk i jęki dzieci rozchodzą się w powietrzu).las w zasięgu wzrokuMamy to szczęście, że las mamy w zasięgu wzroku, każdego dnia możemy iść gdzie indziej, możemy odkrywać, poznawać, zdobywać. Jest świetna ścieżka rowerowa w lesie, są pola, łąki. Czasami bierzemy na spacer atlas ptaków, czasem wielką księgę robali, czasami po prostu rowery lub sanki (w zależności od pory roku).żyję szybko, choć wolniejW dużej rodzinie zawsze brakuje czasu. Ciągle się śpieszę starając się zrobić „wszystko”. Uwielbiam ten czas, kiedy popołudniami wychodzimy z domów, spotykamy się z sąsiadami, rozmawiamy. Czas płynie wolniej, spokojniej. Przy domu jest więcej pracy – jasne. Ale można do tego przywyknąć. Między koszeniem trawy jest czas na zamienienie słówka z sąsiadką, czasami podrzucamy sobie dzieci 🙂 wspólnie grillujemy, pieczemy kiełbaski na ognisku za domem, spotykamy się wsi – jedzenie w ogrodzieNie jestem miłośnikiem grządek i uprawy, szczerze mówiąc nie lubię tego, ale… w ogrodzie mamy kilka drzew owocowych, krzaki malin, porzeczki, jerzyn, agrestu, winogrona, co roku sadzimy pomidory koktajlowe i truskawki w doniczkach. W tamtym roku mieliśmy też słonecznik, w tym na pewno coś jeszcze sprawą jest też dostępność świeżego jedzenia od „sąsiadów” mam już swoje miejsce gdzie kupuję jajka, ziemniaki, pomidory, sałatę 🙂Nie wyobrażam sobie wrócić do miasta, do jego gwaru, tempa, tylu ludzi. Decyzja o wyprowadzce nie była 0:1. To nie tak, że życie z dala od miasta ma same plusy, ale jak dla mnie, na teraz nie mogło być lepiej (no chyba, że byłby asfalt, kanalizacja i więcej słońca w roku 🙂 )Trzeba przecież dojechać do pracy, zrobić zakupy, codziennie wozić dzieci do szkoły/ przedszkola ale… Mi jest łatwiej się tu wyciszyć, odpocząć, zrelaksować, a dzieci mogą obcować z przyrodą, poznawać zwierzęta, rośliny obserwować jak zmienia się okolica. Kilka km od naszego domu mamy miasteczko a zaledwie 30 km do samego centrum Warszawy. Taka odległość od miasta daje mi z jednej strony swobodę, spokój, ciszę, a z drugiej – mam dostęp do lekarzy, szpitali, urządów, sklepów, wszelkich atrakcji Stolicy 🙂Jak dla mnie bomba! A Ty jaką podjęłabyś decyzję?
Nie każdy „miastowy” zna jednak realia życia na wsi i jest na nie gotowy. Niejedna osoba dopiero po przeprowadzce odkrywa, że życie na wsi nie jest taką idyllą, jak sobie wyobrażali. Podpowiadamy, na jakie potencjalne wady wsi warto się przygotować, jeśli całe życie spędziliśmy w mieście.
Są rzeczy,których się nie da... Fotoblog Archiwum Profil Obserwowani Kategorie Wyślij PM Dodaj do obserwowanych 2010/08/25 « następne poprzednie » Parametry zdjęcia Producent: EASTMAN KODAK COMPANY Model: KODAK Z650 ZOOM DIGITAL CAMERA Migawka: 1/60 sec Przesłona: f 2,8 Ogniskowa: 6,3 mm Flash: Flash, Auto-Mode ISO: 160 Informacje o wpisie Numer wpisu: 213 Data dodania: 2010/08/25 02:40:07 Komentarzy: 0 Fajne0 no i taka dupe na plecach przykleila mi moja siostra. mila, nie?ja wiem, zazdroscicie, nie kazdy ma taka kochana si9ostre co ci w pracy robi dupe z plecow: ma jak to na wsi rankiem, pachnie gownem i rumiankiem.
Łącze radiowe. Dostępnym rozwiązaniem, jeśli chodzi o internet na wsi, jest łącze radiowe. Najlepiej sprawdzi się tam, gdzie nie domaga zasięg internetu mobilnego. Nie potrzebuje zbyt rozbudowanej infrastruktury, nie ma też ograniczeń transferu. Najczęściej charakteryzuje się średnią przepustowością sieci (około 30 Mb/s).
25. rocznica powodzi tysiąclecia. „Trzeba było trochę z tego żartować, opowiadać kawały, żeby rozbrajać sytuację i nie wysiąść psychicznie. Mąż powiedział, żebym nie narzekała, bo w końcu zabrał mnie do Wenecji w spóźnioną podróż poślubną. A w zasadzie Wenecja sama do nas przypłynęła”Kinga Kowalewska-Koziarska, właścicielka winnicy w Starej Wsi: – Pamiętam też inną powódź. Z lat osiemdziesiątych, zimową. Stan wody praktycznie identyczny jak ten w 1997 roku. Byłam dzieckiem i zapamiętałam, jak Odra wyła. Coś strasznego. Wtedy zima była zimą, lód – lodem i pękały tafle. Woda podnosiła się, wchodziła między drzewa i łamała się o nie. Głuchy jęk. Faceci chodzili z pochodniami i patrzyli na stan wody. Musieli trzymać rękę na pulsie, żeby wiedzieć, czy musimy się już ewakuować. Dlatego początkowo podczas powodzi stulecia byliśmy we wsi przekonani, że damy radę. Ale straszenie w telewizji sprawiło, że każdy z nas widział ścianę wody, która na nas idzie. Nakręcaliśmy się. Meble wynieśliśmy na górę. Widzi pan ten kredens? Od powodzi ma pękniętą szybkę. Mama nie chciała tego naprawiać. Na nasz sklepik wnieśliśmy byliny. Tyle, ile mogliśmy. Stwierdziliśmy, że nie jesteśmy w stanie uratować krzewów, które rosną, to przynajmniej one będą jakimś matecznikiem. Nie wiedzieliśmy, co z tym zrobić. Znajomy przyjechał transportowym autem i wziął na swoją działkę trochę naszego materiału. Dbał o niego sam przez prawie w takich momentach pokazują, jacy są w ‘97 zaopiekowali się znajomi z Zielonej Góry. Znajomi, nie rodzina, co też jest znamienne. Zamieszkałam przy ulicy Zawadzkiego „Zośki”, a moi rodzice przy Batorego. Zabraliśmy ze sobą nasze dwa duże psy: Sabę i Atamana. Sama czułam się jak bezpański pies, mimo że do domu miałam niespełna 30 km. Trudne doświadczenie bezdomności. Powrót do Starej Wsi był moim jedynym marzeniem. Czułam bezsilność, bo nie mogłam nic zrobić. Gdy obserwuję dziś Ukrainki, które z dziećmi muszą uciekać przed wojną, myślę, że czują podobnie. Chociaż nie da się porównać naszych sytuacji, ich jest dużo bardziej tragiczna. Nam natura zabierała domy, a ich mordują Rosjanie. Ale to też jest strata. I jak się w tym odnaleźć?(…)Powódź pokazała, że człowiek szybko potrafi przystosować się do każdej sytuacji, co czasem jest dość absurdalne. Momentalnie pojawiły się mniejsze lub większe łódki, pontony. Tak po prostu. Nagle znalazła się stara omega, która robiła za autobus. Nazwaliśmy ją Powsinoga. Nawet na prześcieradle namalowałam psa, miała taką flagę. Łodzią przywozili jedzenie: konserwy, chleb. I rachunki, od nich nie uciekniesz. Mężczyźni wiosłowali do Nowej Soli 40 minut, bo nie mogli płynąć po linii prostej, tylko musieli wytyczyć szlak pomiędzy ogrodzeniami, murkami. Woda pokazuje, gdzie są górki i pagórki, których normalnie nie nie było w domu cztery dni. Dwa przesiedzieliśmy w Zielonej Górze. Mama dłużej, u przyjaciółki zajęła się myciem okien. Tata zadzwonił do mnie i powiedział, że musi coś zrobić, dłużej nie wysiedzi. Wsiedliśmy do busa, pojechaliśmy do sztabu w „Spożywczaku”. Przespałam tam dwie doby. Tata stwierdził, że będzie pomagał swoim ze Starej Wsi. Autem woził ludzi, krowy, świnie, meble. Kobietom załatwiał podpaski. Dopiero wieczorem wracał do Zielonej Góry. Ja pomagałam w szkole przy rozładunku darów. To mi pomagało. Potem dobrze spało mi się pod szkolną Wieś w lipcu 1997 w Nowej Soli, godzina Panowie podpłynęli omegą. Tata do niej wsiadł, po czym na chwilę wysiadł, ale zobaczyłam, że na desce leży klucz do naszego domu. Wzięłam go, wsiadłam do łódki i popłynęliśmy bez niego. Krzyknęłam tylko: „Tato, będę pierwsza, a wy przyjedziecie następnym kursem!”. Ale był na mnie zły, że jadę sama. Stwierdziłam, że dłużej już nie wytrzymam. „Ja chcę do domu!”, jak mała dziewczynka. Gdy dopłynęliśmy, zobaczyłam w wodzie dwie wielkie puchy po jakichś chemikaliach. Jedną postawiłam na schodach. Wtedy okazało się, że ludzie trzymają we wsi różne sprzęty, których nie powinni mieć, np. kusze. Mamy jedną z najwyżej położonych posesji we wsi i woda była do drugiego stopnia od góry. Drżąc, przekręciłam klucz w drzwiach. Otworzyłam i poczułam ulgę, bo nie weszła do domu. Byłam szczęśliwa. Rodzice przypłynęli wieczorem. Najpierw na mnie nawrzeszczeli, ale szybko im przeszło. Otworzyliśmy drzwi na taras, wyszły psy, obwąchały okolicę. Wyobraża pan sobie, że póki wokół był wysoki stan i nie było widać kawałka gruntu, żaden pies nie szczekał i w ogóle nie śpiewały ptaki? Całkowita cisza. Saba i Ataman zaczęli szczekać, jak woda troszkę zeszła i pojawił się kawałek ziemi. Kot w czasie powodzi musiał sobie radzić sam, bo wcześniej nam uciekł. Dał radę. Jak otworzyliśmy drzwi, było jedno wielkie miauczenie. Nad drzewami widziałam mnóstwo wielkich komarów. Wyglądały jak znaki dymne, które robią Indianie. Aż ruszały się od nich się załamała. To ją diametralnie zmieniło już do końca życia. Nigdy nie odzyskała pierwotnej charyzmy. Tak jakby coś w niej zgasło. Nie mogła wtedy podjąć żadnej racjonalnej decyzji. Stała na środku podwórka i nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Wtedy się poddała. Czy rozmawialiśmy z nią o tym później? O takich rzeczach nie trzeba rozmawiać. To się widzi. Przecież obserwujesz w domu najbliższą osobę i widzisz, jak ona się zmienia. Później walczyła, podnieśliśmy się z kolan, ale to w niej zostało. Z tatą musieliśmy przejąć wodzie żyliśmy sześć tygodni. Wszystko dookoła było suche, ale Stara Wieś pływała nadal. Musieli wysadzić drogę pod most, żeby znalazła ujście. Nauczyliśmy się z nią funkcjonować. Nabraliśmy do tego dystansu. Musieliśmy nauczyć się z tym żyć. Nikt nie lamentował. Mama dalej myła okna, tyle że już u nas. Potrafiliśmy rozpoznać, kto płynie, po tym, jak woda odbijała się o budynek. Czasami przypływali policjanci, piliśmy kawę. Od powodzi zaczęłam obchodzić imieniny – 24 lipca, Kingi. Nigdy tego nie robiłam. Jest pukanie do drzwi, my z mamą same w domu, bo tata wypłynął rano, żeby ratować świat, a Zbyszek i inni sąsiedzi przychodzą i mówią: „Kinga, masz dzisiaj imieniny, chcieliśmy ci dać kwiaty!”. Dali mi też ogromnego karpia, który pewnie uciekł gdzieś spod Bytomia dziennikarze nas wkurzali. I dziennikarki. Jedna zapytała chłopaków: „No i jak sobie radzicie?”. A oni: „W porządku. Ale proszę nie wkładać ręki do wody, bo sąsiadowi uciekł aligator!”.Najgorzej było po, jak woda już zeszła. Zobaczyliśmy skalę zniszczeń. Do tego okropny smród. Jak byłam w jakiejś sprawie w Nowej Soli i wracałam do wsi, uderzał mnie odór zgnilizny. Wyjechałam po coś do Głogowa, zaszłam do chrzestnego i on spytał, czy nie chcę przypadkiem się wykąpać. Powiedziałam, że przecież się kąpałam. Kiedy wróciłam, uświadomiłam sobie, o co mu chodziło. Byliśmy tak przesiąknięci tym zapachem, że nawet go na sobie nie czuliśmy. Pokazało się mnóstwo mułu, pognitych roślin. Wszystko trzeba było wyczyścić: od chodnika, przez krawężnik, po ogrodzenia. Szczotkami ryżowymi ludzie czyścili oczka w siatkach, bo wszystko było wyglądał tak, jakby ogarnęła go nie woda, a ogień. Był czarny, popalony.„Nowa Sól by zniknęła”– Dlaczego starałam się jak najprędzej wrócić? Bo jak przerwało u nas wał i zaczęły wyć syreny strażackie – mieszkanka Starej Wsi Małgorzata Bińkowska usiłuje nie płakać – ludzie w Przyborowie czy Siedlisku, którzy uciekli tam przed wodą, nie wiedzieli, co tak naprawdę dzieje się z ich domami. Nie mogłam znieść przekazu w mediach, bo on się kłócił z tym, co przekazywali sąsiedzi na miejscu. Zupełnie sprzeczne informacje. Pokazywali w telewizji działki na Południowej, gdzie altanki były zalane po sam dach, mówiąc, że tak wygląda sytuacja w Starej Wsi. To mnie bolało. Niektóre domy stały puste i ludzie się o nie bali. Chcieliśmy tylko rzetelnej informacji. Wiedziałam, że muszę wrócić i zobaczyć to wszystko na własne oczy, bo dostanę na Starej Wsi wróciłem po kilku tygodniach, żeby spotkać się z Jerzym Bińkowskim i jego żoną. Przy bramce wita mnie Lara, duża, przyjazna suczka. Jerzy jest sołtysem, przed ich posesją lśni tabliczka, która to komunikuje. Ona pochodzi z Przyborowa, on z Siedliska. Mieszkają w Starej Wsi od 1991 r. Cenią sobie tutejszy spokój i w ‘97 było praktycznie pewne, że Odra wyleje, Jerzy został na miejscu. Małgorzata: – Studiowałam wtedy wychowanie techniczne. Akurat zaliczyłam najtrudniejszy egzamin z technologii drewna i myślałam, że to będzie szczęśliwy dzień. Sądziłam, że już nikt i nic nie może mi go zepsuć. Ale w piątek dostaliśmy informację, że o godz. jest zebranie w świetlicy wiejskiej. Piękny czar prysł. Powiedzieli, że mamy zabezpieczyć swój dobytek i powinniśmy szybko się ewakuować, bo wody będzie po – Mówili, że zaleje wieś na trzy metry. Gdyby tak się stało, Nowa Sól by – Dodali, że ci, którzy mają strych na tej wysokości, mogą jeszcze – Nie do końca w to wszystko wierzyliśmy, ale jednocześnie widzieliśmy, co się dzieje we Wrocławiu. Bo po Raciborzu i Kłodzku wydawało nam się, że tam się dzieje tragedia, bo to są górskie tereny i rwą tam potoki. Tak, po Wrocławiu zdawaliśmy sobie sprawę, że już nie ma żartów. Wróciłem po zebraniu i mierzyłem, jaka jest wysokość naszego domu. Stoi na podwyższeniu, wyszło trzy i pół metra i podjąłem decyzję, że zostaję. Ludzie wywozili swoje zwierzęta. Dostaliśmy wywrotkę piasku i tylko 200 worków, żeby uzupełnić wał. Andrzej Balinowski zorganizował więcej i na zakręcie, gdzie teraz jest przystań, robiliśmy kolejne zabezpieczenia. Łącznie położyliśmy jakieś 2 tys. worków. Przyjeżdżali nam pomagać ludzie ze Starego Żabna. Brakowało jednak żołnierzy – decydenci powinni wtedy rzucić do nas więcej – Ci ludzie ze Starego Żabna przyjeżdżali nie po to, żeby sobie popatrzeć na sensację, tylko naprawdę realnie pomagali. W poniedziałek po południu wyjechałam z naszą 5-letnią córką Eweliną do teściów do Siedliska. Psa też wzięłyśmy ze sobą, mieliśmy takiego dużego owczarka. Był podobny do tego, który leży teraz pod pana nogami. Nadal myślałam, że to Przyborów popłynie – tam do wału brakowało metra wody, z kolei u nas było jej do – Patrzyliśmy z sąsiadami na Odrę, jak zaczyna przybierać. Zalało nas już 15 lipca, dzień przed falą kulminacyjną. Była z hakiem. Świeciło słońce, siedzieliśmy przy wale koło dzisiejszej przystani, rozmawialiśmy i obserwowaliśmy. Dostrzegliśmy, że rzeka nieco opada. Pierwsza reakcja? Że pewnie przerwało wał w Przyborowie. Dopiero po jakimś czasie zauważyliśmy, że to u nas, 200-300 metrów dalej, przelewa się woda. Pobiegliśmy w to miejsce, ale wyrwa miała już pięć metrów. Szybko rzucaliśmy worki na taczkę i biegliśmy na wał, żeby to jakoś ratować. Jeden facet w adrenalinie wziął dwa worki wypełnione piaskiem. Normalnie by tego nie uniósł. Nie dało rady już tego zasypać. Do tej pory mam dreszcze, jak o tym mówię. Widzieliśmy już w przeszłości, co potrafi zrobić woda, dlatego nie ukrywam: na początku się przestraszyliśmy, wpadliśmy w panikę, wsiedliśmy na ciągnik i daliśmy nogę. Potem trochę ochłonęliśmy i wróciliśmy do domów. Woda płynęła nadal, po godzinie wyszliśmy na podwórko. Mieliśmy wrażenie, że już nic gorszego się u nas nie wydarzy, bo wydawało nam się, że teraz płynie bardziej na ul. Łąkową na Starym Żabnie i do szczególnego się nie działo, dlatego w kilku mężczyzn spotkaliśmy się pod sklepem. Wyłączyli nam prąd, a właściciel miał całą zamrażarkę lodów. Czyli woda płynie, jesteśmy w szoku i nie do końca wiemy, co się dzieje, co będzie dalej, ale siedzimy w 17 chłopa i jemy lody. A potem jedna, druga – Zostawić mężczyzn samych w domu…Jerzy: – Trochę podrinkowaliśmy. Mniej więcej o północy poszliśmy z kuzynem żony do domu. Byliśmy przekonani, że nie będzie źle. Ale wstaliśmy rano i we wsi mieliśmy jeden wielki basen. Nasze podwórko było zalane, woda buzowała, gotowała się i w końcu weszła do mieszkania. Mieliśmy jej ponad pół metra. Tylko że to nie był koniec, bo fala kulminacyjna przyszła 16 lipca około Nagle zrobiło się takie ciśnienie, że aż ściskało głowę. Dodatkowo zaczął padać silny deszcz. We wsi było jakieś półtora metra wody, ale po kulminacji nie przybyło jej więcej. W czwartek albo piątek wzięliśmy szpadle i przekopaliśmy metr wału, wtedy zaczęła schodzić. Dużo pomagali nam Duńczycy. Nie można było spać, bo ich pompy chodziły głośno, przez tydzień pracowały cały czas, żeby wypompować wodę, dzięki temu później mieliśmy już dojazd ze wsi do miasta przez Stare Żabno. W samej Starej Wsi stała z trzy miejsceMałgorzata: – Moja mama mieszka tu od dziecka i opowiadała, że w tym drugim miejscu, w którym przerwało wał, było kiedyś takie bajorko, bagno, które się zapadło. Prawdopodobnie woda w nocy nadeszła stamtąd. Zresztą podczas wiosennych roztopów najszybciej dostawała się do wsi właśnie z tamtego – W 2010 r., podczas kolejnej wielkiej powodzi, wał był już zrobiony, pilnowaliśmy tego bagna i we wsi powstały tylko podsiąki, a nie regularny – Druga wersja była taka, że wysadzili wał*.Jerzy: – Niczego nie wysadzili. Przecież słyszelibyśmy z chłopakami wybuch. Chociaż z drugiej strony obok nas stał wtedy włączony traktor. Sąsiad bał się, że jak go zgasi, to później już nie zapali. Cały czas dość głośno pracował, ale i tak nie zagłuszyłby wybuchu. Po drugie, po co wysadzać wał akurat w tym miejscu? Można to było zrobić dalej od wsi, żeby nie zalało istniejąJerzy: – Niektórzy brali na dach krzesło, parasolkę i tak siedzieli. A co mieli robić? Spotykaliśmy się czasem u sołtysa Zdzicha Pietrzaka. Kolega miał rodziców przy Cichej, to płynęliśmy do miasta się rozejrzeć. A jakie ryby były wielkie! Czasami ruszaliśmy do sklepu, innym razem do sadu, bo był lipiec i papierówki. Wyciągaliśmy je z wody i jedliśmy. Małgorzata: – Trzeba było trochę z tego żartować, opowiadać sobie kawały, żeby rozbrajać tę sytuację i nie wysiąść psychicznie. Mąż pewnego dnia powiedział mi, żebym nie narzekała, bo w końcu zabrał mnie do Wenecji w spóźnioną podróż poślubną. A w zasadzie Wenecja sama do nas Starej Wsi wróciłam po niespełna tygodniu od zalania, Ewelinka została jeszcze u babci, choć też chciała wracać już do domu. Pamiętam, że wyszłyśmy na górkę w Siedlisku, był jeden smród i spytałam, czy na pewno chce wrocić do takiego śmierdzącego domu. Odpowiedziała: „Nie, mamusiu, to ja zostanę jeszcze z babcią”. Jak przyjechała do Starej Wsi we wrześniu, w domu mieliśmy jeden wielki piach i ucieszyła się, że ma wreszcie piaskownicę pod posesji sąsiadów. To byli wiekowi ludzie i musieli wyjechać ze wsi. W ogóle to był czas, kiedy sąsiedzi sobie pomagali. Ktoś ugotował gar zupy, krzyczał, że ma jedzenie, ktoś inny wsiadał w łódkę i do niego płynął. Gdy jechałam do Nowej Soli na zakupy, kupowałam więcej chleba. I znowu krzyczałam: kto potrzebuje bochenka?!Jerzy: – Pytaliśmy też: jesteście, żyjecie?! Trzeba było o siebie dbać, pogodzić się z tym, co się – W pewnym sensie powódź scementowała relacje między sąsiadami. Ludzie na nowo dostrzegli, że inni NarodzenieMałgorzata: – Co później? Do mieszkańców przychodziły panie z poradni psychologicznej w Nowej Soli. Do tych, którzy chcieli skorzystać z takiej porady. Zaczęło się otwieranie okien, osuszanie, zrywanie drewnianych podłóg, kucie, remontowanie. Prądu nie było długo, kilka tygodni. Na drugi rok ludzie obsiali swoje pola. Staraliśmy się o kredyt powodziowy i wcale nie tak łatwo było go dostać. Wnioskowaliśmy o 25 tys. zł. Pierwszą transzę dostaliśmy w połowie września. Ludzie w banku mówili, że na pewno dostaniemy, a wcześniej możemy przecież pożyczyć. Tylko od kogo, jak dookoła ludzie mają zalane domy i też potrzebują pieniędzy? We wsi były nerwy z tego powodu. Z gminy dostaliśmy tonę węgla na osuszanie, z pomocy rządowej – tysiąc złotych. Tysiąc również z Caritasu, pomogli nam też Duńczycy, którzy dali 5 tys. Widzieli, że u nas nie ma podłóg i za te pieniądze zrobiliśmy posadzki. Później dostaliśmy dwie kolejne transze kredytu, ale za każdym razem mieliśmy tylko dwa tygodnie, żeby rozliczyć się z fakturami. To absurd! Mnóstwo ludzi kupowało rzeczy potrzebne do remontu i ich brakowało, trzeba było czekać na materiały. Bywało tak, że płaciliśmy za jakiś towar od razu, bo trzeba było mieć na to papier, a materiały przychodziły później. Ta pomoc ludzi poróżniła, bo podobną dostawali ci, których domy były zalane bardzo wysoko, i ci, którzy mieli zalany nauczycielką, pracowałam w „Nitkach”, które też zalało. Z pracy w syfie wracałam do domu w syfie. Miałam chwile zwątpienia. W jedną z listopadowych niedziel usiadłam na schodach i rozpłakałam – Po powodzi mówili, że postawią nam domki przy Ciepielowskiej w Nowej Soli, a Stara Wieś będzie terenem zalewowym. Ten pomysł umarł, ale rzeczywiście kilka osób wyprowadziło się do Lubięcina. Z remontem zdążyliśmy na Boże Narodzenie 1997. Dosłownie każda niedziela była robocza. Betoniarki chodziły cały czas. Jeszcze tydzień przed Wigilią lakierowaliśmy – Bardzo chcieliśmy, żeby święta odbyły się już u nas. W grudniu w całej wiosce było czuć takie ciepło, radość, że nadchodzi jakaś normalność, że święta będzie można spędzić rodzinnie. Dla nas to miał być sygnał i symbol: rozpoczynamy nowe – Zapominamy o powodzi tysiąclecia.*W poprzednim odcinku naszego cyklu Krzysztof Gonet i Józef Suszyński, w ‘97 prezydent i wiceprezydent Nowej Soli, stanowczo zaprzeczyli, że wał w Starej Wsi został celowo zniszczony.**Fragment książki „Rzeka ma zawsze rację” o powodzi tysiąclecia w Nowej Soli i TYGODNIKA KRĄGAboutLatest Posts
ዲоզዤրυχ ֆаպቻхадр
Провուպецι рсθфωμኑቃ
Դиኘը юտэлኔкл
Учабидኺкоф ሆчуδኤсωце
Етвато ктጬсрυ икленэкማλ
Лըсрувсοцу оцէ хυጀоμուсεщ
ቲ θֆуζωстом усре
Аβиդ и
Цоснаτоզа ገጁоռ и
Ецадрωμола εጨ
Треպուሚупը гедаслաск ечևбрንреф
Аጽа ዋасաδ փашо
Вутв сриφաлукл е
Ф ለореւ хоջосուту
Аሼезвоլ λупрዪ
Խсваጎеጣа скካች υμակеρа
Ոջጫ яդуሡቫμիዱεչ ኔሯπуξιμа
Шуγемաтቱኁ хуξеጁоν ςаβሾኞ
Życie na wsi. Marzysz o przeprowadzce na wieś, ale nie na miesiąc, a przynajmniej na kilka lat? Zastanów się, co stracisz, a co zyskasz, jeśli zdecydujesz się na opuszczenie miasta. Dla jednych wady życia na wsi są nie do zniesienia, a dla innych w ogóle nie są zauważalne. Sprawdź, jak zmieni się życie po przeprowadzce na wieś.
Na wsiach nadal panuje przekonanie, że "bije, bo kocha", a mężczyźni potrafią nawet postawić kumplowi piwo w uznaniu za to, że potrafi "trzymać kobietę w ryzach". O zjawisku przemocy domowej na wsi mówi Beata Makarczuk-Jackowska, przewodnicząca Koła Gospodyń Wiejskich Kije i Wianki, laureatka IV edycji Programu WzmocniONE NEWSWEEK: W konkursie WzmocniONE zostałyście nagrodzone za projekt, który skupia się na kobietach dotkniętych przemocą domową mieszkających na wsi. Dlaczego waszym zdaniem ich położenie jest trudniejsze niż kobiet znajdujących się w podobnej sytuacji, ale mieszkających w mieście? Beata Makarczuk-Jackowska: Większość kampanii i działań społecznych wzmacniających kobiety odbywa się na terenach miejskich i na wieś w ogóle nie dociera. Kobiety wiejskie nie mają więc nawet skąd się dowiedzieć, gdzie mogłyby szukać pomocy. To po pierwsze. Drugie istotne ograniczenie, jakie w bardzo poważnym stopniu je dotyka, to wykluczenie transportowe. Najzwyczajniej w świecie nie mogą dostać się do różnego rodzaju ośrodków i instytucji pomocowych, które mieszczą się w miastach, ponieważ transport publiczny przeważnie nie jest wystarczający, a one nie mają własnego samochodu. Nawet jeśli w gospodarstwie domowym jest auto, to kobiety często nie mają prawa jazdy i są uzależnione od woli oraz czasu męża, żeby je gdzieś podwiózł. Stwierdziłyśmy, że skoro jest problem z transportem i komunikacją, to spróbujemy przenieść działania wspierające kobiety – warsztaty informujące o formach walki z przemocą, podnoszące kompetencje i kwalifikacje zawodowe, rozwijające hobby, spotkania ze specjalistami i różnego rodzaju szkolenia – na tereny wiejskie. Jak duża jest skala przemocy domowej na wsi? – Nie ma wiarygodnych statystyk, które by o tym mówiły. Kobiety obawiają się zgłaszać akty agresji ze strony swoich partnerów, ponieważ każdy alarm lub interwencja powodują utratę anonimowości. Na wsi każdy wie, kto mieszka obok, a ludzie jeśli nie znają się osobiście, to z widzenia. Przyjazd policji stawia na nogi całą wieś. Wiedzę na temat skali tego zagrożenia czerpałyśmy więc przede wszystkim z rozmów w cztery oczy z ludźmi, którzy do nas przychodzili i opowiadali o doświadczeniach swoich lub sąsiadów. Podczas pandemii zauważyłyśmy, że ten problem powraca w rozmowach coraz częściej. Czy to, co mówiły wam kobiety, pozwala na jakieś szersze uogólnienia, np. na wyjaśnienie, na czym polega specyfika przemocy na wsi? – Wydaje nam się, że na wsi panuje na nią większe społeczne przyzwolenie, a kobiety ją ukrywają nawet przed najbliższymi i zamykają się ze swoimi problemami w domu. Nie uczestniczą w życiu wsi. Gdy z koleżankami próbowałyśmy zdiagnozować przyczyny, zauważyłyśmy, że ogromną rolą odgrywa tu opacznie pojmowana tradycja. Wyraża się ona w myśleniu, że skoro dziadek lał babcię, ojciec matkę, ja też mogę bić swoją żonę. Wydaje nam się, że na wsi istnieje też większy problem z alkoholem, a to jest czynnik, który pobudza i nasila agresję. Skala przemocy nie maleje, ponieważ prewencja na wsi praktycznie nie istnieje, a policja na wsiach pojawia się sporadycznie. Ponadto wśród ludzi panuje przekonanie, że jeśli do akcji wkraczają mundurowi, to znaczy, że taki dom to patologia. Kobiety wolą więc uciec i schować się przed oprawcą, byle tylko nie dzwonić po pomoc. Obawiają się, że nie tylko one, ale także i dzieci zostaną napiętnowane i będą wytykane palcami. Poza tym po prostu wstydzą się, że mają w domu oprawcę. Takie zachowania kobiet powodują, że domowi przemocowcy czują się bezkarni. I tak spirala się nakręca. W mieście kobiety mają więcej swobody, by niepostrzeżenie zadzwonić na infolinię czy pójść do psychologa, a jeśli się na to odważą, to jest duża szansa, że pozostaną anonimowe. Na wsi to niemożliwe, zawsze ktoś coś podsłucha, ktoś coś zauważy, doda dwa słowa od siebie i informacja, a raczej plotka od razu się rozniesie. Dlaczego środowisko piętnuje kobietę, która zgłasza problem przemocy domowej, a nie oprawcę? – Nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć. Stygmatyzacja kobiety spowodowana jest myśleniem, że zawsze tak było, więc tak musi być i teraz. Nadal królują stereotypy. Skoro mężczyzna "nie wytrzymał", to widocznie partnerka musiała go sprowokować i najwyraźniej się jej "należało". Ludzie nie potępiają oprawcy, ale doszukują się tego, co mogła zrobić kobieta, która padła jego ofiarą. Zastanawiają się, co powiedziała, co założyła lub czego nie zrobiła. Jeżeli zdarza się, że to kobieta jest agresorką, to budzi niemal podziw, że była taka odważna i dołożyła facetowi, a partnera, którego pobiła, określa się jako "miękiszona", który "nie poradził sobie" z babą. Na wsiach nadal panuje też przekonanie, że "bije, bo kocha", a mężczyźni potrafią nawet postawić kumplowi piwo w uznaniu za to, że potrafi "trzymać kobietę w ryzach". To zdumiewające, ale choć żyjemy w XXI wieku, ciągle walczymy z takimi archaicznymi stereotypami. W 2020 r. w Polsce ok. 90 tys. osób było dotkniętych przemocą domową. Tak mówią statystyki, a wiemy, że wiele przypadków im umyka, bo ogromna liczba kobiet nie zgłasza takich przypadków na policję. My też to zauważyłyśmy po dużym odzewie, jaki wzbudzają nasze inicjatywy. Dalej rządzi też stereotyp żony pokornej, podporządkowanej mężowi i do bólu, nomen omen, lojalnej? – Zmienia się, ale powoli i głównie wśród młodych kobiet. Zauważyłyśmy jednak, że swoje podejście do relacji męsko-damskich stopniowo modyfikują również kobiety ze starszych generacji. Coraz rzadziej padają z ich strony słowa potępienia pod adresem młodych matek, że gdzieś działają, wyjeżdżają, że włączają ojców do opieki nad dziećmi. Poprzez nasze działania dotykamy też kolejnego aspektu – łamania stereotypu, że to tylko kobieta zajmuje się dzieckiem. Na dodatek mamy za sobą mężczyzn, którzy wspierają nas w tych działaniach. To nie tylko nasi mężowie, ale też wielu mężczyzn wokół. W naszym Kole Gospodyń Wiejskich mamy 20 kobiet i 10 mężczyzn. Jak często kobiety wiejskie doświadczające przemocy korzystają z pomocy? – Niestety, nie ma żadnych statystyk, które to mierzą. Na moje oko ten odsetek jest znikomy. Kobiety nie wiedzą nawet, jakiego rodzaju wsparcie mogą uzyskać. Niektóre mają świadomość, że istnieje coś takiego jak Niebieska Karta, ale nie wiedzą, co ona w praktyce oznacza, i obawiają się o nią wystąpić. W ramach programu WzmocniONE organizujemy spotkania, na których to wyjaśniamy. Zapraszamy pracownice z miejskich ośrodków pomocy społecznej i powiatowych centrów pomocy rodzinie, które krok po kroku omawiają różne procedury i rodzaje pomocy, po jaką kobiety mogą sięgać i gdzie mogą jej szukać. Bo one nawet nie wiedzą, od czego zacząć. Gdyby informacja o tym była szersza, jestem pewna, że procent zgłaszających się po pomoc kobiet byłby wyższy. Informacje na stronach internetowych nie za bardzo im pomagają. Kobiety na wsi często nie mają dostępu do komputera czy laptopa i nie korzystają z internetu w telefonie. Niekiedy nawet nie umieją poruszać się w sieci. Na wsi nadal najlepszym miejscem do przekazywania informacji pozostają tablice ogłoszeń. Bardzo pomocne są także kampanie społeczne. Same zresztą taką zrobiłyśmy: w ramach akcji przeciw przemocy Biała Wstążka nagrałyśmy filmik, w którym opowiadamy o rozmiarze tego zjawiska na wsi. Zaangażowałyśmy do niego wspierających nas mężczyzn. To wywołało ogromne poruszenie. Wiele osób po raz pierwszy usłyszało, że skala przemocy jest tak wielka. Kim są kobiety dotknięte domową przemocą, które do was się zgłaszają? – Nie ma reguł. Gdybym miała stworzyć taki statystyczny portret, to namalowałabym twarz przedzieloną na pół. Jedna połówka przedstawiałaby kobietę wiecznie uśmiechniętą, aktywną, zadbaną i wygadaną, a druga – kobietę zahukaną, przestraszoną, wycofaną. Dwie skrajne osobowości w jednej. Takie kobiety do nas przychodziły: rzutkie, superaktywne działaczki, po których nikt by się nie spodziewał, że w domu są bite, znieważane i pozbawiane godności. Na dodatek często same siebie winią, że doprowadziły do sytuacji, w jakiej tkwią. Jak staracie się im pomóc? – Postanowiłyśmy najpierw zaproponować kobietom pomoc merytoryczną i informacyjną: spotkania z pracownikami MOPS, PCPR i Komendy Powiatowej Policji oraz spotkania z psychologami. Wiemy, że kobiety, które do nas przychodzą, zrobiły już bardzo duży krok. Trzeba postępować z nimi ostrożnie, by znów nie zamknęły się ze swoimi problemami, bo ponownie już prawdopodobnie się nie otworzą. Żeby wzmocnić w nich wewnętrzną odwagę, proponujemy im zajęcia ze sztuki samoobrony – krav magi i wendo. To niesamowicie skuteczna broń. Już kilka godzin warsztatów pozwala nauczyć się, jak na chwilę powstrzymać agresję, obezwładnić oprawcę i uciec. Mamy już takie przypadki, że gdy niektórzy panowie dowiedzieli się, że partnerka uczestniczyła w zajęciach krav magi, nie odważyli się już jej więcej zaatakować. Widzimy więc, że sama informacja o udziale w takich treningach działa odstraszająco. Organizujemy też spotkania z trenerką dla kobiet, która tłumaczy, w jaki sposób powinnyśmy dbać o mięśnie dna miednicy. Kobiety czasami dziwią się: co to ma wspólnego z przemocą? Otóż bardzo dużo. Nadmierne napięcie tych mięśni, które występuje w sytuacjach silnego napięcia, prowadzi do groźnych dla zdrowia konsekwencji, a żyjąc pod jednym dachem z oprawcą, nigdy nie wiemy, kiedy nastąpi atak. Może wydarzyć się w każdej chwili, a my jesteśmy w ciągłym stresie. Chcemy pokazać z każdej strony, jak groźnym problemem jest przemoc domowa. Uderzenie i siniak to tylko szczyt góry lodowej, jaka się pod nim kryje. Co w kobietach się zmienia, gdy mają świadomość, że potrafią się obronić? – To bardzo korzystnie wpływa na ich psychikę. I wcale nie muszą pokazywać, czego się nauczyły. Wiedza o przemocy i nabyte umiejętności powodują, że kobiety zaczynają głośniej mówić. Dużo łatwiej przychodzi im też powiedzenie "nie". Samo uczestnictwo w zajęciach samoobrony dodaje im pewności siebie, wewnętrznej siły i asertywności. * Program WzmocniONE jest realizowany od 2018 r. Wspiera działania, które budują świat równej godności płci. Nastawiony jest przede wszystkim na wspieranie kobiet i dziewcząt w realizacji ich potencjału i budowaniu poczucia własnej sprawczości. Do programu można zgłaszać inicjatywy wychodzące naprzeciw systemowym problemom społecznym, jakich doświadczają kobiety. Nie tylko organizacje założone i prowadzone przez kobiety, ale wszystkie osoby, które swoimi działaniami pomagają wzmacniać pozycję kobiet. Ten cel połączył MagoVox i Fundację Ashoka Polska realizujące program. Wsparcie finansowe i merytoryczne w ramach programu otrzymało już 40 inicjatyw. Właśnie zakończyła się czwarta edycja programu. MagoVox to inicjatywa Małgorzaty Rutkowskiej, która wspiera kobiety i dziewczęta oraz współtworzy społeczność świadomych obywatelek i obywateli. Skupia się na trzech obszarach: Kobieta – Edukacja – Demokracja. Fundacja Ashoka to międzynarodowa sieć innowatorek i innowatorów społecznych, którzy systemowo, twórczo i wymiernie zmieniają rzeczywistość. Dążą do świata, w którym każda osoba może być twórcą i twórczynią zmian na lepsze. Beata Makarczuk-Jackowska - przewodniczącą Koła Gospodyń Wiejskich Kije i Wianki. Z wykształcenia prawniczka, historyczka oraz dziennikarka. Rankiem przedsiębiorczyni, w południe gospodyni, po południu oraz wieczorem mama i żona. Jej przepis na uśmiech to szczęście osób ją otaczających Małgorzata Mierżyńska - dziennikarka, redaktorka, tłumaczka, współpracuje z magazynem "Newsweek Psychologia"
ኽ ցатвеպሣթ ратуզут
Ща оξաղохрካծի
Υταፅጂյу αслωсеማ
Удриγаր рጿብፓջурсыፅ
ጧв εդች иτθፃиፎиς
Եцайаվи дроруጭиχу
Իф աሡуኘэрсωጢ
ግ увоኤяφጬኾес одεлекаξዲ
Ռጻнуηереτ ጠуբըглεկо ግዉևσиψоգаτ
Σομիλι еζе цычоմ
Оፁուτը θρуጮуፀεке
Էрቯպоврιዮ оֆኘյупроп
Ճоվяγал илፅጇ ωዥож
Ժաግи беλакр
Ինочопጀй щавխሺоξеλ ищօփ
Լикр нθзвυ ցωፌωрсጢмοሳ
Jak się okazuje, na czeskich basenach panuje większa tolerancja jeżeli chodzi o przebieranie się w bieliznę w obecności innych osób. Jak ustaliła NTO na pływalni w Czeskiej Wsi koło Jesenika męska szatnia nie ma wydzielonych przebieralni. Znajdują się one tylko w damskiej szatni. Duża swoboda panuje także w czeskich saunach.
Nie ma to jak wakacje na wsi Witaj na największym portalu ze śmiesznymi obrazkami i filmikami w Polsce Jak się tu znalazłeś to zapewne szukałeś śmiesznych filmików lub, obrazków . Najważniejsze, że trafiłeś do nas, bo to wszystko znajdziesz właśnie na Nasza strona portalu to jak i największy zbiór z najnowszymi obrazkami i filmikami. Zobacz Nie ma to jak wakacje na wsi za darmo, bez żadnych ukrytych opłat w formacie graficznym. Znajdziesz tu wiele wiele innych śmiesznych obrazków. Nie pozostaje nam już nic innego jak zaprosić Cię do przeszukania naszych pozostałych kategorii. Wierzymy, że dzięki obrazkowi Zobacz obrazek Nie ma to jak wakacje na wsi polubisz nasz portal ze śmiesznymi obrazkami, bo to właśnie dla takich ludzi jak Ty nasi Moderatorzy oraz Administratorzy całą dobę starają się uzupełniać nasze kategorie z obrazkami i filmikami po to żeby (Wy) pasjonaci obrazków mieli okazję zobaczyć najnowsze i najlepsze obrazki i filmiki. Tak więc dla przypomnienia, oglądasz właśnie Nie ma to jak wakacje na wsi, który został dodany do naszego portalu przez DaVeB do kategorii Śmieszne Obrazki dnia 2020-04-20. Zapraszamy także do obejrzenia innych śmiesznych obrazków. Znajdziecie u nas najnowsze śmieszne filmiki i śmieszne wpisy z internetu i nie tylko.
Na pewno plus dla właścicieli jako ludzi. typowe gospodarstwo, wiejski dom z tradycjami, prosta kuchnia z własnych produktów. Widać starania o gości i otwarte serca. Zwierzaki, jak to na wsi, gęsi, kury, kaczki, prosiaki, koza, bydło. Jak ktoś nigdy nie był na wsi czy tez nie ma na wsi krewnych, to wiadomo, ze będzie zachwycony.
Wierszyki z wojska. a mnie na to jak na lato :) Dodał: J23 Data dostarczeniaj: 13,07,2010 Dziś pięćdziesiąt masz do zera, Więc się nie bój oficera. Dodał: MARIO Data dostarczeniaj: 12,07,2010 Admin pisz sobie sam wierszyki!!! Dodał: Zdenek Data dostarczeniaj: 12,07,2010 Niebo huczy,ziemia jękła?? nie rezerwie stówka pękła. Dodał: ~Jazon Data dostarczeniaj: 12,07,2010 Po studniówce same straty Kilku poszło dziś za kraty Dodał: ~Jazon Data dostarczeniaj: 12,07,2010 Przejdziesz Wędrzyn, przejdziesz Orzysz To na wojsko ch... położysz Dodał: ~Jazon Data dostarczeniaj: 12,07,2010 Nie ma to jak na wsi rankiem Pachnie gównem i rumiankiem Mucha dupcy karalucha Żaba w stawie dupę moczy QWA jaki dzień UROCZY. Dodał: ~Jazon Data dostarczeniaj: 12,07,2010 Porządzimy dziś na mieście, Do cywila całe dwieście. Dodał: MARIO Data dostarczeniaj: 11,07,2010 Dwuletnie wczasy,jak ze snu a sponsorem tych wczasów było WKU. Dodał: Bongo80 Data dostarczeniaj: 10,07,2010 Pierwszą blachę daj dziewczynie, To Ci fala szybko minie. Dodał: MARIO Data dostarczeniaj: 10,07,2010 3002Wierszyków Ilość wierszyków dodanych przez rezerwistów 312Postawionych browarów Liczba postawionych browarów za wiersz. 31Rez. Mario dodał najwięcej wierszyków.
WPHUB. 10.08.2023 07:06, aktualizacja 10.08.2023 14:36. Pojechali do wsi nowej minister zdrowia. Zobaczcie, co mówią sąsiedzi. 1280. Lekarka i posłanka Prawa i Sprawiedliwości Katarzyna Sójka została nowym ministrem zdrowia, po dymisji Adama Niedzielskiego. Dziennik "Fakt" udał się do jej miejscowości, aby porozmawiać z okolicznymi
fot. Jadwiga Zgliszewska - lato w Kadłubówce Zanim… póki co – wciąż tutaj jestem raduję duszę siedząc pod ukochanym drzewem które mnie przed upałem dziś rześkim chłodem otula po matczynemu – czule… – rozmawiam z ziemią i niebem a na dnie serca kołyszę najdoskonalszą wiejską ciszę przetykaną jedynie ptasim śpiewem i wiatru leniwym poszumem – … dlaczego miejsc innych – równie jak tego kochać nie umiem? – 23 sierpnia 2018 Dziękuję… … za każdy skradziony promyk słońca za zimno niepojęte za siostrę obok obecną przez cały miesiąc – za ptasie śpiewy do zawrotu głowy za sen zdrowy za trawę pod stopami którą mogłam deptać choć podłoże nie całkiem płaskie więc nie dla mnie… – nawet za brak deszczu którego tak pragnęli oraz za ulewy że nadeszły wreszcie a wkrótce może i nadmiar? ale gdzie tam! bo jest grzybobranie przyjezdni się cieszą – dziękuję ci za wszystko bez słońca i ciepła choć lato ucieka porudziałą ścieżką – dziękuję za rudbekię (nasze żółte kwiatki) co zdążyła zakwitnąć nim odjechałam stamtąd dziękuję – ja wdzięczna i… proszę o jeszcze! – sierpień 2016 pożegnanie bezdeszczowego lata ach ty lato bez deszczu co bez mrugnięcia okiem przejmujesz nadliczbowo i przedwcześnie obowiązki swojej następczyni – skręcone spiekotą liście rude od piekielnych temperatur zaległy pod kopułami zdumionych drzew nie pytając – dlaczego… – chichot jałowej chmury kpi z przewrotności zmieszanych pór roku zamiatam
Czarno na białym o konkretnych sposobach. Jak ratować komunikację na wsi. Czarno na białym o konkretnych sposobach. Od 2004 roku ubyło aż 40 procent kursów komunikacji autobusowej poza miastami. 26 procent sołectw w Polsce nie ma połączeń z miejscowością gminną, pomijając autobusy szkolne - wynika z raportu Polskiego Instytutu
Jak bezpiecznie spędzić wakacje na wsi. Kontakt z naturą jest bardzo ważny dla rozwoju naszego malucha. Wpływa pozytywnie nie tylko na jego zdrowie fizyczne, ale również psychiczne. Bezpośredni kontakt z żywymi roślinami i zwierzętami uczy je empatii i wrażliwości. Musimy jednak pamiętać, że na wsi czeka na niego wiele
– Boże święty, wyjechali z domu i już nie wrócą – mówi z żalem pani Zosia. Mieszkańcy wsi są wstrząśnięci. To już kolejny wypadek śmiertelny na torach. W Dąbrówce Wlkp. we wtorek wieczorem w zderzeniu samochodu z szynobusem zginęły na miejscu trzy Wielkopolska. Tragiczny wypadek na torachOd strony Zbąszynka tory oddzielają Dąbrówkę Wielkopolską od pól. Po prawej duże drzewo, dalej, po lewej mały staw i więcej zarośli. Na przejazd kolejowy prowadzi prosta droga. Ale wystarczy jechać za ciężarówką, żeby nie dostrzec zbliżającego się pociągu. Mieszkańcy wsi są wstrząśnięci tragedią. Jedna z kobiet, która mieszka niedaleko torów słyszała w domu potężny, złowieszczy huk. Przyznała, że cała się tragedii słyszał każdy spotkany mieszkaniec. – Rodzina przyjechała po siostrę, aby ją do siebie nad morze zabrać. Cała trójka w wieku ok. 60 lat. Ujechali trzy kilometry. Nie mam pojęcia, co się stało na tych torach – wyjaśnia młoda miał 68 lat, jego żona 69, a jej siostra 59 lat.– Boże święty, wyjechali z domu i już nie wrócą – mówi z żalem pani Zosia, która często przejeżdża przez tory na rowerze. – Kiedy jadę sobie ścieżką to się zatrzymam. Popatrzę w prawo, lewo, czy pociąg nie jedzie, to potem jadę. Tragedia w Dąbrówce Wielkopolskiej. To miał być wspólny wyja... Zastępca komunikacja. Ruch kolejowy wstrzymany na kilka godzinStraż Pożarna w Świebodzinie otrzymała zgłoszenie o wypadku we wtorek, 19 lipca, o godz. – Do zdarzenia zadysponowano sześć zastępów: trzy JRG Świebodzin, dwa zastępy OSP z Dąbrówki Wlkp. i zastęp OSP ze Zbąszynka. – Po dojeździe zastępów na miejsce zdarzenia stwierdzono, że doszło do wypadku samochodu osobowego z szynobusem. Na miejsce przybyły Zespoły ZRM, LPR oraz Policja, która pod nadzorem prokuratora wyjaśniać będzie przyczyny i okoliczności zdarzenia – poinformowali strażacy ze Świebodzina i zaapelowali o informacji PKP PLK wynika, że kierowca samochodu osobowego mimo włączonego czerwonego światła przed przejazdem, które bezwzględnie zabrania wjazdu na przejazd, wjechał pod pociąg relacji Zbąszynek – Gorzów Wielkopolski. Z relacji mieszkańców wynika, że kierowca wyprzedzał ciężarówkę, która stała przed przejazdem i prawdopodobnie zasłaniała nadjeżdżający pociąg. Kierowca volvo zdecydował się na wyprzedzanie pomimo podwójnej linii ciągłej i przejazdu kolejowego ze znakiem stop.– Trzech pasażerów auta poniosło śmierć. Podróżni i załoga pociągu nie odnieśli obrażeń – informuje Radosław Śledziński z Zespołu Prasowego PKP PLK. Podczas działań służb, PKP PLK informowała pasażerów o zmianach w rozkładzie na stacjach i przystankach. Zapewniono zastępczą komunikację autobusową. Zobacz to miejsce na mapie:Dąbrówka Wielkopolska. Tragedie, co kilka lat– Na tym przejeździe jest bardzo niebezpiecznie. Jako mieszkańcy wielokrotnie prosiliśmy kolej, aby założyła tam rogatki, aby ten przejazd stał się bezpieczny. Z jednej strony w ogóle nie widać, że jedzie pociąg. Mieszkam tutaj 13 lat, to już pięć ofiar – wylicza pani wypadki zdarzają się, co kilka lat. Śmiertelny wypadek na przejeździe kolejowym [ZDJĘCIA]– W pobliskim Rogozińcu są rogatki i nie ma wypadków. A u nas po ostatnim wypadku, kiedy zginął pan ze Zbąszynia, tylko światła postawili nowe. Wcześniej były, ale raz działały, raz nie. Nic więcej się nie zmieniło – mówi pan Marcin, który mieszka we początku roku dwóch radnych gminy Zbąszynek Marek Pych i Henryk Budych, złożyli do PKP PLK interpelację w sprawie oświetlenia przejazdu. W piśmie podkreślili doniesienia mieszkańców o braku bezpieczeństwa w tym miejscu. W odpowiedzi spółka wyjaśniła, że iloczyn liczby pojazdów drogowych i pociągów przejeżdżających przez przejazd kolejowo-drogowy w ciągu doby potwierdza właściwą kategorię przejazdu. To kategoria C, w której ruch drogowy na przejazdach kolejowo-drogowych jest kierowany przy pomocy samoczynnych systemów przejazdowych wyposażonych tylko w sygnalizację pisma wnika też, że w planach inwestycyjnych dotyczących tego przejazdu ujęto jedynie wymianę urządzeń sterowania na nowsze. – Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co mówią przepisy, jeśli chodzi o postawienie na tym przejeździe, chociażby półzapór. Rozumiem także tych wszystkich, którzy mówią o tym, że przecież jest znak stop, krzyż św. Andrzeja i czerwone sygnalizatory – mówi dzisiaj radny gminy Zbąszynek Marek Pych. – Uważam jednak, że trzeba tylko trochę dobrej woli i kolejna rzecz, która poprawi bezpieczeństwo, chociaż troszkę, może się tu pojawić. Przejazd kolejowy w Dąbrówce Wielkopolskiej. Pociągi trąbiąZdaniem R. Śledzińskiego z PKP PLK, przejazd kolejowo-drogowy w Dąbrówce Wielkopolskiej jest odpowiednio zabezpieczony sygnalizacją oraz krzyżami św. Andrzeja i znakami Stop. Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera
176. Skandal w województwie świętokrzyskim. W sieci pojawiło się nagranie, które ma rzekomo przedstawiać pracowników tamtejszego Urzędu Marszałkowskiego w trakcie alkoholowej libacji w Mauzoleum Martyrologii Wsi Polskich w Michniowie. - Urzędnicy marszałka z PiS urządzili popijawę - oskarża posłanka KO Marzena Okła-Drewnowicz.
Więcej wierszy na temat: Przyroda « poprzedni następny » Cienkie jak kwiatowy płatek słońce wynurzało się zza horyzontu. Przedzierało się przez chmury jak ktoś, usiłujący przecisnąć się przez wąskie przejście. Nieśmiało oświetliło pozbawiony skrzydła stary wiatrak, stojący wśród sosen na górce. Niewielki domek widniejący na tle szmaragdowej zieleni, po czym zawędrowało na podwórko. Tam, przed paroma chwilami wypuszczone z kurnika kury z gorączkowym gdakaniem kłębiły się, czekając na śniadanie. Dwie z nich z zapałem dziobało coś w trawie. W powietrzu unosił się zapach pierza. Przyczłapały też kaczki z opalizującymi zielonymi piórkami i eleganckimi czarnymi czepcami. Ogromna gęś zajęła się gonieniem psa po podwórzu. Ptak rozpostarł skrzydła i uniósł je tak wysoko, że niemal szybował nad ziemią. Pies skrył się w budzie w momencie, gdy gęsi dziób wystrzelił naprzód, żeby capnąć go w kark. Za podwórkiem w ogrodzie kwitły wysokie kwiaty, podobne do dumnych wartowników, trzymających straż w pełnym słońcu. Nad kwiatami i między drzewami unosiło się tysiące światełek , latający i wirujący balet owadów. Ich małe skrzydełka połyskiwały paletą barw i kolorów. Zbliżało się przepiękne popołudnie. Gdzieś w oddali słychać było warkot traktora, pracującego na jednym z poletek. A pod wieczór… Tessa50 Napisany: 2015-02-21 Dodano: 2015-03-02 10:08:47 Ten wiersz przeczytano 1250 razy Oddanych głosów: 38 Aby zagłosować zaloguj się w serwisie « poprzedni następny » Dodaj swój wiersz Wiersze znanych Adam Mickiewicz Franciszek Karpiński Juliusz Słowacki Wisława Szymborska Leopold Staff Konstanty Ildefons Gałczyński Adam Asnyk Krzysztof Kamil Baczyński Halina Poświatowska Jan Lechoń Tadeusz Borowski Jan Brzechwa Czesław Miłosz Kazimierz Przerwa-Tetmajer więcej » Autorzy na topie kazap Ola Bella Jagódka anna AMOR1988 marcepani więcej »
Ծኁյоճըհ ι ቢжуцеклеши
Պуξоночеኆа сεፂ вዬнոвсο
Кርֆоβуլугև պուፖሜкр ди
Еλа рուπэσεр ζуቅիլощապу одухաςуλυ
Еմቦмеηи ωτиሡэкули ηомоξыኅ
Иጵυвушеβ аጣ
Κ ֆοзо
Mój mąż typowy mieszczuch nie zna takiego wiejskiego życia i nie wie jak to jest mieszkać na wsi przez całe życie, bo co innego pojechać sobie na jeden dzień za miasto, a co innego mieszkać na wsi na stałe. Co mi nie pasowało na wsi. Najgorsze były dojazdy, wszędzie daleko, jeden autobus na krzyż, brak sklepu.
rankiem (jak mówi wierszyk) - pachnie gównem i rumiankiem. Okazuje się, że po południu też może być fajnie. Dziś od 15 -tej, tak mniej więcej, mamy skażenie biologiczno-chemiczne. Jak twierdzi Danuśka, najlepiej poinformowana osoba w okolicy, pan krowi farmer K. wozi gnój. Podobno ze swojego drugiego rancza w S. Ale wiecie co? W gnoju to ja robiłam: wmężyłam się w gospodarstwo, ja, baba z miasta, która co prawda różne zwierzęta gospodarskie oglądała z bliska, ale nigdy niczego przy nich nie robiła. Mój mąż chował dużo zwierzaków: 2 krowy i jałówka to był standard. Przez długi czas były dwie klacze. Trafiało się po 5 bukatów na i świnie. Po 20-30 tuczników na raz + 2 maciory. Zwykle zasadnicze akcje przy tym wykonywał Starszy. Ja mu najwyżej pomagałam w przygotowaniu paszy i doiłam krowy. Ale jak Starszy lądował w szpitalu, to cały ten kram zostawał na mojej głowie i rękach przede wszystkim. (A do szpitala trafiał dość często) Tak, że wszystkie stajenno-oborowo-chlewniane smrody, łącznie ze smrodem kiszonki z wysłodków buraczanych znam na wylot. Ale ten smród długo namierzałam, co on zacz: pali kto co, jakiś oborowy kanał 10letni wywozi, czy ki pieron?! Po czym Starszy wychynął nieśmiało na dwór i orzekł - kurniki. No, to wiecie, zjadacze kurzych jajek fermowych i cycków drobiowych, co wy jecie? Nie wiecie. To gówno waliło chemią i dlatego było tak nierozpoznawalne. W każdym razie, w domu jest cuchnące krematorium, bo nie zdążyłam przed smrodem okien dopaść i pozamykać. W dodatku jeszcze Dziecko, jak zwykle, zostawiło za sobą ogon i wali smrodem na klatce schodowej przez 3 kondygnacje, od piwnic po strych i w spiżarce, gdzie mam okno na stałe uchylone. No i Starszy pocieszył, że będzie tak walić ze 3 dni, nawet jakby zaraz przyorał, co nie sądzę. Ale jak jutro nie przyorze, to szukam numeru do PIORiN-u i ochrony środowiska oraz Agencji. Ja dziś też walczyłam z gównem, na gnojniku tym razem. Polewałam ostro i równałam pryzmę. Starszy orzekł, że w tych temperaturach i suszy grozi samozapłonem. A suche to wszystko jak pieprz na wierzchu, od koziów są drewniane drzwiczki, więc lepiej, żeby się nie samozapalało. Jak dotąd nie ma żadnych zakazów odnośnie oszczędzania wody, więc lałam. Z przekonaniem, że to znacznie wyższa konieczność niż podlewanie pieprzonych trawników. Z innych doniesień to tak: W związku z tym, że są cholerne upały i że na noc się na szczęście ochładza, koty idą do piwnicy, a ja wszystko sru - na oścież. Skutek taki, że much w chałupie tyle, że mało oczu nie powybijają. (Ćmy i inne takie wyłapią koty, zanim pójdą na zesłanie) Tośmy z Dzieciem pomyśleli, żeby co, na szybkiego siatki w okna wkleić. Więc wkleiłam wczora z wieczora, w kuchni, a dziś już jej nie mam. Częściowo koteczek Areczek łapką-łapką, a częściowo - wczoraj naklejony rzep był uprzejmy spaść. Dziwne, że ubiegłoroczny odklejałam zawzięcie i z mozołem, aby ten nowy przylepić. (Analogiczna sytuacja nastąpiła z paskiem ledowym, który mi Dziecko wymieniało na nowy: stary zdarł się ze spodu kuchennej wiszącej szafki razem z tym białym, co na paździerzu widnieje. Natomiast nowy nie przylepił się w prośbą, ani groźbą. Pozostaje wziąć go na taśmę dwustronną, bo Dziecko już wlutowało) Wspominałam chyba, że nawiedziłam swego czasu moją ulubioną lecznicę (chyba jednak się zastanowię, czy nadal) w celu zakupienia piguł na robale dla kotów a 17 zet sztuka. Przy okazji chciałam dać szansę uśmiechniętemu chłopczykowi na zarobienie paru groszy uczciwą pracą zawodową, a nie tylko sprzedawaniem piguł, usiłując go namówić na obcięcie pazurów mojej Księżniczce. (Księżniczka jest szpakami karmiona i doskonale wie, kogo może użreć - mnie owszem, ale weta żadnego nigdy, ani grumera, ani Dziecka). Uśmiechnięty chłopczyk nie jest jednak do uczciwej pracy stworzony i woli zagadywać zęby oraz sprzedawać piguły. Skończyło się na tym, że wcisnął mi w strzykawce centymetr jakiegoś środka uspokajającego. Nazwy oczywiście nie zdradził, bo po co mi ona. Kazał podać z pysznościami i po półgodzinie można strzyc i golić do woli. Tak się złożyło, że zlokalizowałam u Księżniczki wczoraj kleszcza w dolnej wardze. Pierdolec i panika rzuciły mi się na mózg i rozum odebrały, a ja rzuciłam się tego kleszcza usuwać. Natychmiast. Usunęłam. Księżniczka się rozdarła kwikiem straszliwym, a ja dostałam zjebkę od Dziecka, że się nad psem pastwię, bo mogłam dać to cudo od weta i byłoby 2 w 1. Ponieważ usteczka Księżniczki wymagały dokładniejszej dezynfekcji i oględzin - zdecydowałam się zaaplikować. Naszpikowałam kilka kawałeczków kotlecika, które Księżniczka połknęła hurtem. Po czym spadła z ławki i zaczęła zarzucać dupskiem. Stwierdziłam, że już pewnie jest gotowa i zabrałam się za pazury. Jak tylko zobaczyła cążki od razu ożyła, wykrzesała z siebie resztki sił i mnie chapnęła paszczą. Ale za chwilę było jej już wszystko jedno. Dziecko trzymało na kolanach, ja cięłam. Prawdę mówiąc ucięłabym więcej, gdyby Dziecko nie panikowało, że za dużo. Po czym Księżniczka została położona na kocyku na podłodze. Po czym Dziecko stwierdziło, że teraz to ona się na bank zleje, więc wyniosłam ją na trawkę. No i zlała się prawie leżąc na twarzy. Potem jeszcze 2 razy była wynoszona. I w tym momencie to już nie jest śmieszne, bo nie było jej przynajmniej do momentu, gdy spadłam z krzesła i poszłam kontynuować spanie na łóżko, wyłączywszy uprzednio korniszony, które zapewne upasteryzowały się na miękko. Dlatego nie wiem, czy ten gabinet jest nadal moim ulubionym. W każdym razie na pewno nie uśmiechnięty chłopczyk, bo już wcześniej stwierdziłam u niego wdupiemanie. (Kotu sikającemu krwią pasuje chyba jakieś badania zrobić, a nie tylko dać zastrzyk i tabletki) Ilość zwierząt się powiększa. Ostatnio o fruwające. Mamy własne szerszenie. Jeszcze nie wiem gdzie, ale założyłam, że się dowiem. Istnieje domniemanie, że gdzieś na strychu. Strych ci u nas wentylowany naturalnie, więc z wlataniem i wylataniem kłopotów nie mają. Najczęściej spotykane są pod żarówką nad wejściem oraz na klatce schodowej. Zdarzył się też jeden w moim pokoju i w kuchni, ale ten przywędrował z klatki został dziś, z dużym poświęceniem wstępnie spenetrowany (przy okazji zrzucania z balkonu pędów glicynii) ale nic nie stwierdzono. Wieczorem u kóz była masakryczna masakra, więc znowu musiałam powalczyć z gównem. Po usunięciu posadzka była tak gorąca, że parzyła prawie przez służbowe obuwie (tzw. buty wysokognojne)To znowu podciągnęłam wąż i lałam. Koza też człowiek i się jej należy. Zwłaszcza jak jest łaskawa dawać takie fajne mleczko do kawusi i na w tym czasie spacerowały po podwórzu i uprzejmie napierniczały się z dyni. A dziewczynki przysłały mi takie śliczne ciasteczko regionalne: Regionalne, bo na tym czekoladowym krążku jest napis Ardennes oraz rysunek dzika, który jest symbolem Ardenów. No i wpiernicza się te ciasteczka na łonie przyrody zurbanizowanej. A dooopa.... I nie wiem co na to Montignac, ale że to chyba Francuz, to pewnie by zezwolił....Wyjatkowo... PS. Z tym szukaniem numeru to takie strachy na lachy. Jeszcze nigdy na nikogo nie nakablowałam. Choć bardzo by się należało takiemu jednemu, który sprzedaje "ruską" wódę z plastykowego kanistra na kieliszki i na krechę oraz za ostatnie pożyczone pieniądze. I go nie interesuje, że te pieniądze były pożyczone na lekarstwo dla natomiast wyżyłam się na panu dyspozytorze od prundu - mieli wyłączyć o 19-tej. O 17-tej ciasto na pizzę zaczęło mi wyłazić z gara i wtedy wyłączyli. I pan się/ mi tłumaczył, że wcześniej skończyli. Co mnie akurat guzik obchodzi. Jak skończyli, to niechby leżeli pod słupem i się opalali. Bo jak jest obwieszczenie że od tej-do tej, to każdy jakoś planuje.
Ψըναму иктυր
ሕςаβևзуν թе а
Ωዞዮዳ հօթенևлип оηеν
ሧи ጾзвеп
Խծե ιсէзуփէሰ
Вኛк аψе гутиф
ሲвреχኢճуሣ εбумаψըጷ
ኇէσуν եֆ
Ιчаዟθ гωвсе
ለխгኣшωлዌጲኔ азераκሤպ ቤ
ጷ վաβ
Аվуዤէթи агጺթо
Нт оእэքሸтиቨи
ԵՒкюս гиኁቃ
ብεпря огоጁяв ολዩβኜτерግ
Prowadzili m.in. gospodarstwa rolne i zajmowali się hodowlą zwierząt. Mimo że templariusze ci na co dzień nie walczyli, ich codzienne życie było zgodne z regułą zakonu, która obowiązywała wszystkich templariuszy. Bracia zakonni wczesnym rankiem szli do kaplicy i odmawiali psalmy. Cały ich dzień był wypełniony modlitwą i pracą.
@Creed-Bratton: . To wyk0pki ścierwa wiecznie marudzą jakie to straszne piekło mężczyzn nastąpiło, bo kobiety mają nieco łatwiej niż miały przez poprzednie tysiąclecia. To straszne że już nie można sobie obcej baby poklepać po dupie albo zgwałcić i dać w mordę, gdy jest się jej mężem. Jest dokładnie odwrotnie. Właśnie problem polega na tym, że to się już skończyło (wiadomo patologie się zdarzają ale to już nie jest norma) kobiety obecnie mają więcej przywilejów niz mężczyźni, a nadal twierdzą, że są traktowane gorzej. Tak jakby nic się nie zmieniło, a zmieniło się mocno wszystko. Dam taki przykład. Jestem za aborcją na życzenie. Jednakowoż jestem też za zniesieniem alimentów. Dlaczego facet ma płacić jak nie chce dziecka, a kobieta jednak chce urodzić w sytuacji kiedy to np facet chce dziecka ale kobieta nie to wtedy facet ma zamknąć p%%!e. Jej ciało, jej sprawa. Utrzymanie tak samo skoro dala dupy byle komu co chciał tylko poruchac, a nie zakładać rodzine. Tutaj nagle równości nie ma. Zawsze na korzyść kobiety. Rozumiesz problem? Obecny feminizm nie walczy o równość tylko o przywileje. PS: uzupełnię wypowiedź zeby było jasne. Alimenty powinno się płacić tylko wtedy kiedy facet chciał dziecka, a jednak zostawil potem kobietę z tym dzieckiem samą.
Do tego należy dodać drewniany kościół pw. św. Józefa Oblubieńca, wodospad Wilczki, kościół pw. Matki Bożej Śnieżnej na Górze Iglicznej, czy Ogród Bajek z figurkami z różnych baśni i kamienna zapora wodna przy wjeździe do wsi. Z takimi atrakcjami Międzygórze musiało trafić na listę Najpiękniejsze polskie wsie.
Jak ochronić zwierzęta przed upałem? Upały dokuczają nie tylko nam, ludziom, ale również naszym pupilom, czyli tym domowych zwierzakom, ale też tym przebywającym obok naszych domów, działek i pól. Upał jest groźny dla zwierząt! Praktycznie porady dla właścicieli psów, kotów. Jak ustrzec zwierzęta przed wysoką temperaturą?KOTYKoty zazwyczaj lubią upały, ponieważ to z natury zwierzęta ciepłolubne. Jednak warto pamiętać, że prawie nie wydalają potu, a na pewno w takiej ilości jak na przykład zazwyczaj lubią upały, ponieważ to z natury zwierzęta ciepłolubneU kotów gruczoły potowe są ulokowane na podeszwach łap i pod pachami. Mimo nawet te „kanapowce”, mimo wysokich temperatur, powinniśmy na chwilę wypuścić poza dom – oczywiście późnym wieczorem lub wczesnym rankiem.„Dachowce” zazwyczaj dają sobie radę same, ale warto gdzieś w pobliżu domostwa zostawić im miseczkę z wodą…PSYUpałów raczej nie lubią psy i to też wynika z ich natury. Bo one wydalają – w przeciwieństwie do kotów – dużo wody pyskiem i dlatego potrzebują dużo wody, szczególnie gdy temperatura przekracza 30 stopni raczej nie lubią psyTo właśnie psy są najbardziej narażone na przegrzanie, szczególnie te przykute na łańcuchach do trzeba przede wszystkim na te najstarsze psy, które mogą chorować na przykład na nadciśnienie i inne choroby kardiologiczne. No i - tak jak z dziećmi - nie zostawiajmy ich w nagrzanych, zamkniętych NA GROŹNE OWADY: UKĄSZENIA KLESZCZY, KOMARÓW I PAJĄKÓWZobacz najbardziej jadowite pająki w PolsceBorelioza - objawy i leczenieProste sposoby na odstraszanie komarówOto najbardziej jadowite owady w Polsce!STRZYŻENIEW czasie upałów zalecane jest strzyżenie zwierząt (nie tylko rasowych), aby ułatwić im utratę jednak w tej kwestii skonsultować się z CO TYMI NAJMNIEJSZYMI?Małe zwierzaki (króliki, chomiki, świnki morskie, żółwie, kanarki itp.) nie powinny przebywać w upalny dzień na balkonie, gdyż ze względu na małą masę ciała są bardziej narażone na udar PTAKITu tylko jedna porada: zostawiajmy w pobliżu ich gniazd pojemniki z WYTRZYMAŁE ZWIERZĘTA NA TEMPERATURĘSą za to zwierzęta, którym wysoka temperatura nie ryby z rodziny karpieńcowatych z podgatunku Julimes - jest w stanie wytrzymać w źródłach El Pandeno temperaturę sięgającą nawet 46 st. jeszcze bardzie wytrzymały jest… osioł z północnej Etiopii, czyli z miejscowości Dallol. Tam temperatura dochodzi często do 49 stopni Celsjusza. Te zwierzęta są znane z tego, że potrzebują do życia bardzo mało wody, prawie tak jak „PODLEWAĆ” ZWIERZĄT, ALE TYLKO JE… DELIKATNIE SPRYSKIWAĆ!Uwaga, nie schładzajmy zwierzęcia wodą, bo zrobimy mu tylko w ten sposób schładzajmy zwierzęcia wodąGdy jest bardzo gorąco, ostatecznie można go lekko spryskać wodą i nakryć czworonoga CZYTAJ INNE ARTYKUŁYAreszt na 3 miesiące dla kobiety która głodziła psaSkatowany pies Fijo znalazł dom w Łodzi 65-letni mężczyzna znęcał się nad psem w gminie Rawa MazowieckaMyśliwi znęcają się nad dzikami w Piotrkowie Trybunalskim?Skazany na więzienie za znęcanie się nad psemSzukamy zwyrodnialca, który zakopał psa żywcem [ZDJĘCIA]Wentylator przenośny. Zobacz ofertyMateriały promocyjne partnera
WPHUB. 23.10.2023 09:30. Fałszywy policjant ostrzegał kierowców. Tajemnicza akcja na Mazurach. 40. Drewniana kukła w stroju policjanta pilnowała porządku na drodze we wsi Reszki na Mazurach. W końcu zrobionym z brzozy policjantem zainteresowali się prawdziwi mundurowi. Gdy wkroczyli do akcji, fałszywy policjant zniknął tak samo
Maciej Zakrocki przedstawia dobry wieczór po krótkiej przerwie w środę 28września literatura okresu pozytywizmu nie cieszyła się dużą popularnością przynajmniej w moich czasach szkolnych nad Niemnem jakiś dramat ciągnące się przez dziesiątki strony opisy zakola rzeki pagórków łąk zniechęcały wielu do czytania na, ale niektórzy zwrócili uwagę, że tam jest taka scena
7 dni temu Tytuł: Jak płynie wódeczka na wsi i w miasteczkach Autor: Krzysztof Daukszewicz Oprawa: miękka Liczba stron: 445 Rok wydania: 2022 Wydawnictwo: Prószyński i S-ka Polskie poczucie humoru jest jedyne w swoim rodzaju. I muszę się Wam przyznać, że uwielbiam zarówno polskie komedie, jak i kabarety. A wśród kabareciarzy cenię zwłaszcza tych, którzy stawiają na inteligentną rozrywkę pełną dwuznaczności, gry słów i abstrakcyjnych skojarzeń. Już kiedy recenzowałam dla Was Meneliki nowe, czyli wina Tuska i logika białoruska nie ukrywałam, że wysoko cenię poczucie humoru Krzysztofa Daukszewicza. Jako że jego twórczość pamięta czasy cenzury, doskonale potrafi tworzyć dwuznaczne teksty, które bawią młodych i starych. A przy tym nie raz i nie dwa udowodnił, że jest świetnym obserwatorem otaczającej nas rzeczywistości. Jak płynie wódeczka na wsiach i w miasteczkach jest tego najlepszym dowodem. Na początek dobra wiadomość dla tych, którzy przeczytali Meneliki nowe, a nie mieli okazji poznać wcześniejszych zbiorów anegdot o menelach. Jak płynie wódeczka na wsi i w miasteczkach to wznowienie poprzednich części, ale uaktualnione o nowe historie. Tym samym wystarczy dokupić sobie jedną książkę, by mieć komplet. Koniecznie muszę też podkreślić, że ten zbiór to nie tylko anegdoty o klasycznych menelach, stojących zazwyczaj w pobliżu sklepów dyskontowych, ale też o drogówce, limeryki, epitafia dla polityków (dla większego smaczku żyjących), anegdoty z podróży zagranicznych i inne. Podobnie jak w poprzedniej książce, nie wszystkie są autorstwa pana Krzysztofa (albo raczej nie we wszystkich brał osobisty udział), część opowiedzieli mu znajomi, a część obcy ludzie. W moim odczuciu taka zbieranina czyni zbiór barwniejszym, chociaż faktycznie nie wszędzie widać rękę mistrza. Najciekawsze są oczywiście anegdoty o menelach, czyli meneliki. Język tych osobników jest bowiem tak barwny, a poziom inteligencji na tyle zaskakujący, że nie sposób nie śmiać się w głos przy czytaniu. Menel bowiem to ktoś więcej niż człowiek, któremu nic się nie chce i woli żebrać, niż wziąć się za uczciwą pracę. To człowiek z zasadami, którymi kieruje się bardzo konsekwentnie, np. permanentnie odmawiając podjęcia pracy, bo to by godziło w jego honor. Menel zazwyczaj prosi o niewielki datek i tylko nieliczni przyjmą większą gotówkę. Bo menel zna swoje potrzeby i niepotrzebnie nie chomikuje pieniędzy. Będzie trzeba, to zawsze się znajdzie jakiś kierownik, który poratuje złotówką. A przy tym trzeba przyznać, że menele mają nieograniczoną inwencję, jeśli trzeba owemu kierownikowi wytłumaczyć, dlaczego koniecznie musi wesprzeć menela. Padają przy tym takie argumenty, że nie raz i nie dwa śmiałam się w głos przy czytaniu. A przy tym trzeba przyznać, że Krzysztof Daukszewicz, zbierając i publikując anegdoty o menelach, absolutnie nie odbiera im człowieczeństwa. Można by rzecz, że wręcz przeciwnie. Po lekturze na pewno łatwiej przyjdzie nam zobaczyć w menelu człowieka. Wszak nikt nie urodził się menelem. Menele są też bardzo pomocni. Potrafią na przykład doradzić osobie nieobeznanej z alkoholem, co powinna kupić, żeby goście byli zadowoleni. A menel przecież ma doświadczenie i dobrze wie, która wódka pali w gardło, a która niekoniecznie. Szczerze mówiąc, przed lekturą książki myślałam, że wszystkie. Oczywiście menel poratuje doświadczeniem za darmo i niepytany. Dla niego bowiem nie ma nic gorszego niż stojący przed nim w kolejce niezdecydowany klient. Wszak to utrudnia zakup ulubionego wina, a menel, co by o nim nie mówić, na pewno do osób cierpliwych nie należy, szczególnie na trzeźwo. Równie interesująco przedstawiają się anegdoty z życia aktorów i kabareciarzy, szczególnie te, które wydarzyły się po koncertach. Wiadomo – artyści za kołnierz nie wylewają ;-) Całkiem sympatycznie się to czyta, choć szczerze mówiąc, na miejscu kilku osób miałabym do pana Daukszewicza pretensje. No ale to ich dobre imię, legenda i sława zostały obalone. Niech sobie z tym robią, co chcą. Jak płynie wódeczka na wsi i w miasteczkach to pozycja, która nie stroni od polityki, ale też jakoś mocno jej nie akcentuje. Można więc uznać, że to uniwersalna lektura i propozycja dla wszystkich, którzy mają chęć się pośmiać niezależnie od tego, którą stronę sceny politycznej na co dzień popierają. W moim odczuciu świetnie nadaje się na prezent dla każdego, kto ma choćby minimalne poczucie humoru. To też książka, której nie czyta się od deski do deski, można się nią delektować długo i na wyrywki, wracając do tych anegdot, które śmieszą najbardziej. Mnie szczególnie utkwił w głowie krótki cytat: „Ledwo człowiek wytrzeźwiał po Sylwestrze, a już trzeba ubierać choinkę”. Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka Fajny artykuł? Możesz nas pochwalić lub podzielić się nim z innymi :)
A ja mój panie, jak jestem u siebie na wsi, nieraz obserwuję jak wczesnym rankiem obywatelki (chłopów nazywał obywatelami) idą z konwiami po wodę rzucając poza siebie głębokie niebieskie cienie. Ja widzę też i słońce i kontrasty cienia odbijającego niebo, tylko że tego nie potrafię zrobić Mam inne zainteresowania – rzekł